wtorek, 22 kwietnia 2014

Wielkanoc w Szwecji

   Duża część szwedzkiego społeczeństwa nie jest związana z kościołem, dlatego też traktuje Wielkanoc jako dni wolne od pracy i dodatkowe wakacje. Szwedzi oprócz Lanego Poniedziałku (który w Szwecji, oczywiście nie jest Lany) mają również wolny Wielki Piątek. Jednak nie dla wszystkich Wielkanoc jest wolna od pracy. Najlepszym przykładem może być ICA - jeden z najbardziej znanych supermarketów w Szwecji. W niedzielę była otwarta od 6.30 do 23.00 (!!). Podobnie jest z innymi większymi punktami handlowo-usługowymi.

W Szwecji dzieci również, tak jak w innych zachodnich krajach, szukają jajek w ogrodach. Uniwersytet i KBAB (akademik) schowali dla nas kilkadziesiąt sztuk na całym campusie :)

   Nasze międzynarodowe świętowanie zaczęło się już w sobotę. Poszliśmy na wielkanocną paradę. Tradycją jest przebieranie dzieci za czarownice i czarodziei. Kostiumy przydają się zarówno w czasie parady jak i później w czasie wieczornego chodzenia od domu do domu z koszyczkami. Takie szwedzkie Halloween. Często również dorośli dołączają do zabawy. Panowie też się przebierają. Za czarownice. Chyba nigdy nie widziałam tylu ludzi na ulicach w centrum. Po tygodniach spędzonych w lesie czułam się nieswojo będąc częścią takiego TŁUMU.















Tradycją jest również przyozdabianie gałązek kolorowymi piórkami.






W niedzielę moje piętro zorganizowało duży międzynarodowy brunch dla 22 osób. Byliśmy tak podnieceni tym że wreszcie coś będzie się działo, że organizatorzy stawili się na zbiórkę 20 minut przed wyznaczonym czasem ;) Znaczna część zaproszonych osób przyniosła wielkanocne dania charakterystyczne dla ich państw. Ja ugotowałam jajka w cebuli i zrobiłam sałatkę z majonezem. Ciekawostka - moi znajomi z innych krajów byli niezmiernie zdziwieni, że zjadłam jajko z majonezem. Podobno to dziwne ;) Były też różne ciasta (brownie Pauliny... ;_;), słodkie chleby i meat pie z Meksyku.
















Tradycyjny napój świąteczny to Paskmust. To samo Szwedzi piją w czasie Bożego Narodzenia pod nazwą Julmust. Bąbelkowy napój z chmielu. Dziwny. Wolę colę ;p













Po brunchu poszliśmy na dłuższy spacer nad pobliskie jezioro. To był super udany dzień :)














środa, 16 kwietnia 2014

Dookoła jeziora - dzień 3 - Fjallbacka


Jeny, ale ten czas zaczął ostatnio szybko lecieć. Wydawało mi się, że dosłownie dwa dni temu dodałam wpis na blogu. Nope, okazało, się to być bardzo dawno temu. To chyba to, że w końcu do Karlstadu zawitała wiosna (wiosna typu szwedzkiego, nie ma co się podniecać; Słońce jest, ale temperatury nadal arktyczne). Jak jest wiosna to od razu człowiekowi się jakoś przyjemniej robi, a wiadomo wszystko co jest dobre, szybko się kończy.

I tak jakoś wyszło, że muszę wrócić do 30 marca, który wydaje mi się już prehistorią. 30 marca musiałyśmy opuścić nasz genialny, szwedzki domek. Słabo nam to wyszło bo zebrałyśmy się grubo po 11. Właściciele byli na tyle mili, że oprowadzili nas po okolicy. Okazało się, że domek leży nad fjordem. No i trochę mi głupio bo totalnie tego faktu nie skojarzyłam. Dopiero widok tysięcy muszli, glonów i rozgwiazd (widziałam je pierwszy raz w życiu! btw, zobaczyć pierwszy raz w życiu rozgwiazdę akurat w Szwecji; tego się nie spodziewałam), trochę zaczął mnie zastanawiać. Jak sprawdziłam póź niej na maps.google, rzeczywiście to nie było jezioro tylko bardzo długi i bardzo wchodzący w ląd fjord.



Po ok 2godzinnej podróży dotarłyśmy do trochę spontanicznego wyboru - Fjallbacki. I okazało się, że spontaniczne wyprawy są najlepsze. Fjallbacka nas zachwyciła. No dobra. Mnie - nie wiem jak reszta. Ale jak się komuś tam nie spodobało to musi być megadziwny. Oprócz uroczych domków i portów, o których wiedziałyśmy już wcześniej, odkryłyśmy kanion z uroczymi kamyczkami, pod którymi musiałyśmy przejść aby dostać się do bardzo męczących schodów, które zaprowadziły nas do najfajniejszego punktu widokowego ever (sorry, dla mnie nawet widok z Chińskiego Muru lub Wieży Eiffl'a nie równają się z tym co mogłyśmy podziwiać w Fjallbace. Po prostu CZAD.














Po długiej fice i pełnym chillingu wyruszyłyśmy w drogę powrotną bardzo naokoło, żeby jeszcze trochę pozwiedzać. Co chwila musiałyśmy się zatrzymywać i czekać na urocze Meksykanki, które musiały zrobić sobie zdjęcia z każdym co ładniejszym widokiem. ;)









Gdy opuściłyśmy Fjallbackę miałyśmy jeszcze nadzieję, zobaczyć kilka ładnych miejsc. Wujek Google jednak nas okłamał i miejsca o których myślę, bardzo nas rozczarowały. Jedyne co warto napisać to moje nowe szwedzkie odkrycie. Mianowicie każde szwedzkie miasteczko, ma swój #cool #yolo #swag #hashtag patrol, który jeździ w okół centrum składającego się z 4 ulic i zagłusza rozmowy innych ludzi świetną muzyką puszczaną z rozlatującego się samochodu.


A. No i nie mogę zapomnieć o wstawieniu zdjęciu na którym widać super drogę, którą jechałyśmy. Co w niej fajnego? Po lewej morze a po prawej jezioro ;)