niedziela, 28 lipca 2013

Reykjavik

Ok. Dzisiaj poszliśmy do zoo. I napotkaliśmy w nim 34C w cieniu. Wolę nie myśleć ile było w Słońcu. Wtedy oczywiście nasunął mi się temat dzisiejszego posta - PÓŁNOC. Wspaniała, zimna, dzika północ. No może nie taka dzika bo dzisiaj będzie o mieście - Reykjaviku.
Niestety upał wyżarł ze mnie całą wenę. Dlatego będzie dużo zdjęć i mało pisania. A to nawet dobrze bo trudno pisać o czymś co po prostu trzeba zobaczyć na własne oczy.

1. Hallgrimskirkja
Kościół, położony na wzgórzu, najwyższy budynek w Reykjaviku. Jego elementy mają przypominać bazaltowe bloki, które często można spotkać w czasie eksploracji wyspy.
Z tarasu widokowego rozprzestrzenia się wspaniały widok na całe miasto i otaczające je góry.






2. Harpa 
Centrum koncertowe, opera, sale konferencyjne. Wspaniały nowoczesny budynek. Rzadko się zdarza żeby wnętrze było wspanialsze od zewnętrznej części. A jednak.




3. Staw miejski
Miejsce zamieszkania wielu gatunków łabędzi, gęsi i kaczek, a dla ludzi świetne centrum zarówno relaksu jak i zabawy.
W Reykjaviku 100% samochodów zatrzyma się i poczeka aż kaczki/gęsi/łabędzie zdecydują się w końcu zejść z drogi. Pełen luz.





4. Islandzkie budownictwo
Piękne w jego prostocie.





5. Kilka ciekawych zdjęć.


Większość Reykjaviczan posiada dwa samochody - jeden mały do poruszania się po mieście i drugi - ultraterenowy do długich podróży.




Na targu rybnym.


Święty Mikołaj wcale nie pochodzi z Laponii. Tak naprawdę sprzedaje ryby w Reykjaviku ;)


Islandzkich hipsterów jest tak dużo, że są oni mainstreamowi.


Wyobrażacie sobie co by było gdyby ktoś zrobił takie logo z Polską w tle? Islandczycy są wyluzowani.


A taką drogą chodzą studenci na zajęcia. Piękna!


Maskonur to narodowa maskotka Islandii.
v



niedziela, 21 lipca 2013

Chiny - 19 ciekawostek

(Uwaga: Ciekawostki zostały spisane w czasie podróży.)


1. Smog to nic fajnego. To piekielna mgła przez którą nie można normalnie oddychać.

2. Warto znać te całe chińskie znaczki bo można zjeść pierożki z mięsem z psa i powiedzieć, że są świetne. (naprawdę były okej.)


3. Wyższość chińskiej galerii nad np naszą galerią mokotów jest taka że w galmoku nikt z Ryłka nie będzie biegł przez korytarz że jednak sprzeda Ci te buty taniej.


4. Chińczycy pakują wszystkie owoce oddzielnie. To znaczy jak chcesz kupić mandarynki w supermarkecie to musisz kupić 10 opakowanych w ładne małe opakowanka. A nie siatę jak u nas. A jabłka są zabezpieczone specjalną pianką żeby się nie potłukły. Myślałam że lecę na koniec świata. A chyba to my mieszkamy na końcu świata.






5. Myślałam, że przez to że jest Chiński Nowy Rok dużo ludzi popyla z prezentami zapakowanymi z ładne czerwone bardzo duże papierowe torby. Jednak nie. Po prostu oni byli na zakupach. W takich ładnych, odświętnych torebkach można kupić jajka, suszone mięso kaczki, herbatę i... grzyby.

Źródło: tour-beijing.com

6. Dzisiaj walentynki. Chińczycy bardzo je świętują i dlatego od ok 14 non stop puszczają fajerwerki. Istnieje też alternatywne wytłumaczenie fajerwerkowania. Podobno robią to żeby rozgonić smog. Ale dzisiaj już prawie go nie ma.

7. Jest Chiński Nowy Rok dlatego jak na razie nie widać tych słynnych tłumów Chińczyków. W gruncie rzeczy jest całkiem pusto. A w dzielnicy gdzie mieszka Marta jest mniej tłoczno niż w Reykjaviku o 4 rano


8. Gdy idzie się na prawdziwy chiński market, trzeba być przygotowanym na targowanie się. Musiałam sobie kupić ciepły szalik bo dzisiaj jadę do Harbinu gdzie jest bardzo zimno. Cena początkowa 425zł. Cena końcowa 50zł.



9. Chińczycy w dosyć zabawny sposób rozumieją rozrywkę poprzez wyjście do clubu. Dużo z nich zamawia najlepszy stolik, ogromne ilości alkoholu (takie butle widziałam tylko jako ozdoby w sklepach monopolowych), owoców, przekąsek i soków, a potem siedzi i w ogóle nie tańczy.

10. Jeśli już mowa o chińskich clubach to trzeba uważać na podrobiony alkohol. Bardzo mała ilość bardzo szybko uderza do głowy.

11. Dużo panów tutaj ma bardzo długi paznokieć u najmniejszego palca. Teraz już wiem, że służy do drapania. I dłubania.

12. To nieprawda co piszą w przewodnikach o złodziejach. Chińczycy dbają o swój wizerunek i nader rzadko zdarza się żeby jakiś obcokrajowiec został okradziony.

13. Przyjeżdżając do Pekinu warto zaopatrzyć się w duże ilości kremów, balsamów i pomadek (te ostanie można spokojnie kupić tutaj; są tanie i bardzo fajne). Powietrze szybko wysusza skórę. I wszystko potem swędzi. WSZYSTKO.

14. Dużo Chińczyków na emeryturze spędza wolny czas w ogrodach. Grają tam w karty, chińskie dziwne gry planszowe, odpowiednik naszej zośki (gra się taką śmieszną lotką z piórkami), ćwiczą klaszcząc i rytmicznie mówić COŚ po chińsku, śpiewają oraz chodzą… do tyłu. Marta powiedziała mi, że to według nich utrzymuje trzeźwość umysłu.




15. To całkiem możliwe że będąc blondynem zostaniesz zaczepiony przez Chińczyków, którzy chcą sobie zrobić z Tobą zdjęcie.



16. Podróż do Chin to podróż głównie kulinarna. Polecam kwiat lotosu. Nie polecam przyprawy od której drętwieje język. (Aczkolwiek, teraz od czasu do czasu sentymentalnie ją przeżuwam ;))

17. Bardzo polecam restaurację typu hot pot. Jest taka w Warszawie na Mokotowskiej – Shabu Shabu. Polega to na tym że dostaje się bulion, który cały czas gotuje się przed Tobą oraz surowe rzeczy do jedzenia, które trzeba samemu sobie ugotować. Wierzcie mi albo nie ale to GENIALNA zabawa.





18. W chińskim nie ma słowa „nie” używanego samodzielnie. „Tak” z resztą też nie ma.


19. Skorpiony i innego rodzaju robale nie są przysmakiem Chińczyków z północy lub okolic Pekinu. Można je kupić głównie na ulicach turystycznych.

Aczkolwiek pamiętam, że widziałam coś dziwnego/obrzydliwego w takich dużych pojemnikach w pobliskim supermarkecie.

niedziela, 14 lipca 2013

10 pytań do... Daniela!

... Daniela, który przez ostatnie klika miesięcy studiował w ramach umowy bilateralnej w Korei Południowej. Daniel studiuje na moim wydziale finanse i rachunkowość.
(W nawiasach są moje dopiski.)

Poduszka, którą Daniel dostał od znajomych przed wylotem.

1. Dlaczego Korea?
To była bardzo spontaniczna decyzja. Namówił mnie Waldek (to jeden z fajniejszych profesorów na WZ UW), w czasie współpracy z zagranicznymi studentami.

2. Jak tam się studiowało?
Wydaje mi się, że zajęcia były łatwiejsze niż w Polsce, ale bardzo ważne były obecności na zajęciach. To co najbardziej wydawało mi się różne od polskiego szkolnictwa to to, że profesorowie nie zachęcali do dyskusji. Właściwie, wyglądało to tak, że oni mówili i miało być właśnie tak jak oni sądzą. Żaden student nie może mieć własnego zdania na poruszany temat.

Uniwersytet Daniela.


3. Co najbardziej Cię zaskoczyło?
Wszystko. Wszystko było dla mnie nowe - kultura, język, jedzenie, ludzie - nie sądziłem, że są tak przyjaźnie nastawieni do obcokrajowców.

4. Co najbardziej Ci się podobało?
Zdecydowanie z całego wyjazdu podobało mi się to, że mogłem poznac ludzi z całego świata. Może to nie jest związane z samą Koreą, ale to było dla mnie najważniejsze. W akademiku mieszkali ludzie z różnych stron świata i to było super. Poznałem, np.: chłopaka, który dzieciństwo spędził w małej wiosce w Indiach polując na tygrysy.

5. Ulubione danie?
Kimbap. Tradycyjna koreańska potrawa, podobna trochę do sushi. Można sobie wziąć to ze wszystkim. Ja jadłem najczęściej z tuńczykiem lub jajkiem. Do tego można zamówić kimchi. (Odsyłam do wikipedii: http://pl.wikipedia.org/wiki/Kimchi )

Kimbap.

Daniel w czasie tradycyjnego koreańskiego obiadu, z wizytą u rodziców jego koleżanki.

Soju - coś na kształt rozwodnionej wódki. Sprzedają ją nawet w taaakich dużych baniakach.


6. Ulubione miejsce?
Mała wysepka na południu Korei polecona przez właściciela hostelu. A dlaczego? Dlatego, że to była taka sama dzika natura.
Ok. Mam dwa takie miejsca - drugie to wyspa Jeju. To jest największa wyspa koreańska na południu. Wypożyczyłem skuter i objechałem całą wyspę wzdłuż wybrzeża. Coś pięknego. Zajęło mi to 2 dni, ok 300 km. Jest to wyspa wulkaniczna i widać to na każdym kroku, np.: można oglądać jaskinie  które wydrążyła kiedyś lawa, ale najbardziej podobały mi się wodospady. Na południu wyspy jest wodospad, który wpada prosto do morza. Podobno jest jedyny w swoim rodzaju.


7. Piosenka wyjazdu.

8. Jaka była największa trudność w czasie tej podróży?
Nie miałem trudności. Nawet z językiem. Była to pewnego rodzaju bariera, zwłaszcza w jakiś malutkich miejscowościach. Kiedyś byliśmy na Tajwanie, chcieliśmy wypożyczyć skuter i rozmawialiśmy używając mimiki i gestów. Czasami używaliśmy google translatora. To był całkiem pomocny program.
Ale mimo tego nie nazwałbym tego trudnością, ale raczej nowym doświadczeniem, częścią podróży.

9. Najfajniejsza pamiątka?

Hm, mam tyyyyle pamiątek. Musiałem wysłać całą paczkę, ale chyba nie ma takiej ulubionej, jednej jedynej rzeczy.
No może piłka z meczu baseball'owego, która została złapana przez Panią, która siedziała obok mnie i mi ją później dała.
(W Korei baseball jest bardzo popularny.)


10. Rada dla podróżników, którzy chcieliby zapuścić się w te rejony.
Jedźcie tam. Koniecznie jedźcie.










niedziela, 7 lipca 2013

Harbin cz.2 - Tigery


   Następnego dnia w Harbinie poszliśmy zobaczyć słynnego ligera. To krzyżówka lwa z tygrysem. Podobno ogromny. Podobno, ponieważ było za zimno dla niego i siedział zamknięty w ciepłym budynku. It was soo close. Całe szczęście oprócz ligera, centrum miało o wiele więcej do zaoferowania.



   Na początku wsadzili nas do totalnie zakratowanego autobusu rodem z Shawshank. To wszystko dla bezpieczeństwa bowiem wjechaliśmy do strefy wolnego wybiegu.



   Kolega z Surinamu miał szczęście i usiadł zaraz obok Pani Kierowcy i dzięki czemu mam super zdjęcia. To było jak safari. Tyle że daleko na północy ;) Oprócz tygrysów, które znamy z naszych zoo zobaczyliśmy białe - absolutnie przepiękne!



 


   Po przejażdżce pełnej wrażeń, która trwała zdecydowanie za krótko weszliśmy do systemu takich swoistych tuneli, dzięki którym mogliśmy oglądać z bliska około setki tygrysów.



   Powyżej widać jak chińska rodzina kupiła sobie żywego kurczaka za ok 30zł, przywiązała za nogi do kija i teraz wystawia go, żeby tygrysy mogły go sobie przekąsić. Ot, taka chińska rozrywka.
   Po ok 15minutowej walce kurczaka z przeznaczeniem został on złapany i skonsumowany. Nie wiem gdzie tu jest zabawa.
   Wiem, że można też kupić krowę.



   Oprócz historii z biednym kurakiem, wypad do Tajgerowa był świetny. Zobaczenie tylu tych wspaniałych zwierząt w jednym miejscu wywarło na mnie ogromne wrażenie.


P.S. Notki będą pojawiać się co tydzień. Zawsze w niedzielę. Do czytania za tydzień! :)