środa, 19 czerwca 2013

Islandia - Ciekawostki cz.1

Hi!
    Nawet się nie obejrzałam, a tu już 19 czerwca. Cholerna sesja zjadła mi czas na bloga. Co teraz naprawiam (sesja się nie skończyła, ale co tam - to wstyd tak długo nic nie wstawiać.)
    W tym momencie siedzę schowana w domu a na zewnątrz żar. A jak jest żar to od razu moje myśli wędrują ku ulubionym miejscom - tym bardzo na północy. A najbardziej ulubione to zdecydowanie Islandia. I kilka słów o niej.    
     Niech Ci, którzy jarają się Islandią tak jak ja (albo jeszcze bardziej), niech dalej nie czytają, bo na pewno te ciekawostki już znają.


1. 300 tyś mieszkańców - tyle liczy cała ludność Islandii. To dokładnie tyle ile Warszawski Ursynów.

2. Na wyspie jest dwa razy więcej owiec od ludzi.

3. Jak o owcach to musi też być o swetrach z tychże owiec - są przepiękne, ale tylko dla tych którzy byli w tym państwie ;) Ja posiadam taki sweter i trzymam go cały czas w szafie bo był za drogi żeby go nosić. Jeszcze się biedny zepsuje albo poplami...


4. DROGO. Na Islandii jest drogo.Wydaje Wam się, że w Szwecji jest drogo? Szwedzi przyjeżdżają na Islandię, wysiadają na lotnisku w Keflaviku, kupują bilet na autobus do Reykjaviku i kupując ten bilet pytają się 'Boże! czemu taki drogi??'.

5. Na Islandii jest drogo, ale Islandczykom nie jest to straszne bo zarabiają okropnie dużo. 

6. Oczywiście, Polacy zwęszyli, że w Islandii można dobrze zarobić i dlatego teraz największą mniejszością narodową na Islandii jesteśmy MY.

7. Żeby nie było różowo to oczywiście duża część rodowitych mieszkańców wyspy bardzo nas nie lubi. Ja im się nie dziwię. Przed najazdem Polaków, Islandczycy nie zamykali domów, a dzieci zostawiały rowery niezapięte przy przystankach autobusowych. Teraz tak nie ma. Dodatkowo, jakiś czas temu dziecko zostało potrącone przez samochód, kierowca zwiał z miejsca wypadku i przez to dziecko nie przeżyło. Zgadnijcie skąd pochodził kierowca? Najgorsze było to, że to był pierwszy tego typu wypadek na wyspie.

8. Wracając do bardziej pozytywnych ciekawostek - Islandczycy uwielbiają się bawić i chyba wszyscy kochają muzykę. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że podcinając końcówki u fryzjera, czas będzie Ci umilała kapela grająca żywo. W końcu to z Islandii pochodzi Bjórk i Sigur Rós ;)



C.D.N.

sobota, 8 czerwca 2013

3-godzinny wypad do Szwecji

   Jak można wpaść na tak krótko do Szwecji? Można, jeśli odwiedzi się ambasadę tego kraju, mieszczącej się przy ul. Bagatela w Warszawie. W czwartek był jej dzień otwarty. 
   Razem z Pauliną uznałyśmy, że warto się do niej wybrać, zwłaszcza że już w styczniu obie jedziemy tam na Erasmusa (jej!).
   Zaczęłyśmy od zwiedzenia części biurowej z przewodnikiem. Najpierw bardzo nudna prezentacja o tym co ambasada robi (ale Panie bardzo się starały, przy jej tworzeniu, dlatego należy im się szacunek ;)). Potem odwiedziny w gabinecie Pana Ambasadora - Staffana Herrstróma (tu powinny być dwie kropeczki nad 'o',ale nie wiem jak je wsadzić w tym blogspotowym edytorze).
   Tym punktem wycieczki byłam bardzo mile zaskoczona. Pan Ambasador jest w Polsce od dwóch lat i świetnie mówi w naszym języku. Megasłodkie było to, że okropnie stresował się kiedy mówił. Wcześniej Panie-Przy-Ambasadorowe poinformowały nas żebyśmy zadawali pytania po polsku, bo Herrstróm się do tego wcześniej przygotowywał.  Po jego krótkim przemówieniu, goście zadawali pytania, a potem nadszedł czas na zdjęcia. Z całej grupy tylko my je zrobiłyśmy. Cykory :P
(Prywata: Paulina, wsadziłam zdjęcie. Oddychaj.)  


A to poniżej to nasze pierwsze zdjęcie na szwedzkiej ziemi. Nie mogę się doczekać momentu, kiedy każde zdjęcie będzie zrobione w tym kraju. Jeszcze pół roku!


   Po wizycie w gabinecie, miło spędziłyśmy trochę czasu w ogrodzie Ambasady, gdzie rozdawali kanapki Wasa, bez :( alkoholowy cydr, żelki i mnóstwo materiałów o Szwecji. Pozwoliłam sobie wziąć WSZYSTKIE. Dołączyła też do nas Sara, która również darzy gorącymi uczuciami Szwecję za sprawą ostatniej jej wycieczki do Sztokholmu i tego, że pracuje w ORIfirmie ;)
    W międzyczasie udałyśmy się na czytanie poezji szwedzkiego autora. Było bardzo podniośle, a my z Pauliną musiałyśmy gryźć się w języki, żeby nie wybuchnąć śmiechem. To chyba nie dla nas ;)


środa, 5 czerwca 2013

Chińskie jedzenie

   Korzystając z tego, że Sara musi uzupełnić nasz raport na przedsiębiorczość, który ja wcześniej napisałam, mam chwilę przerwy i pomyślałam oczywiście o skrobnięciu jakiegoś posta. A, że jestem głodna to może tym razem, jakże by inaczej o chińskim, jedzeniu ;) Oj, to będzie długi post. Sorry. Za bardzo kocham jeść, żeby był krótki.
    Jest to coś, za czym chyba najbardziej tęsknię. Sprawa wygląda tak - nasze europejskie kubki smakowe są totalnie do kitu. Przyzwyczailiśmy się do jedzenia bez smaku, niezdrowego, ciężkiego i jemy je od zawsze i dlatego uważamy, że jest dobre. Nic bardziej mylnego. I dlatego kiedy pojechałam do Chin moje kubki na początku mówiły "Hola! hola! To jest obrzydliwe!", ale już po dwóch dniach jadłam już wszystko i chciałam WIĘCEJ.
   Żeby było śmieszniej to już pierwszego dnia pobytu totalnie niechcący zjadłam pierogi z mięsem psa. Były ze mną dwie dziewczyny mówiące płynnie po chińsku i żadna nie zauważyła wielkiego napisu nad stoiskiem. Dopiero w akademiku, kiedy przeglądałyśmy zdjęcia z Martą, ta odkryła co zrobiłyśmy. Ale okej. Było dobre.


   Tego samego dnia wieczorem poszłyśmy ze znajomymi Marty na prawdziwą, jakże słynną, kaczkę po pekińsku. I co? I psińco. Znowu wyszło na to, że te najsłynniejsze atrakcje turystyczne nie są takie fajne. Oczywiście, kaczka nie jest podawana tak jak nam się wydaje. Mięso jest dokładnie odcinane od kości i krojone na bardzo cienkie plasterki. Do tego ciche kelnerki na które trzeba bardzo krzyczeć "Fuuujen!!" podają okrągłe naleśniczki, podłużne kawałki ogórka i gęsty sos sojowy. Trzeba wziąć naleśniczek, położyć na nim plasterek kaczki, kilka kawałków ogórka, zrobić z tego kebaba, zamoczyć go w sosie sojowym i zjeść. A wszystko pałeczkami. Prościzna ;)
   I szczerze - właściwie zakochałam się we wszystkim co było na naszym ogromnym stole OPRÓCZ kaczki po pekińsku. Fajne było to, że Panie Fuuujen zapytały nas czy chcemy kości z naszej kaczki czy zrobić z nich rosół na wynos. Jasna sprawa, że wybrałyśmy to drugie.


   Następne fajne miejsce w Chinach to restauracje gdzie w lodówkach chłodzą się najróżniejsze rzeczy - od krabowych kulek po dziwne warzywka. Zabawa tkwi w wybieraniu samemu składników i tworzeniu swojej własnej zupy. Do tego można zamówić sos z orzeszków ziemnych i maczać w nim składniki przed spożyciem.


   Kolejna ciekawa rzecz to to, że Chińczycy większość jedzenia spożywają na ciepło. I tak na śniadanie - rosół z kaczki. Na początku nie byłam przekonana, bo come on! na śniadanie tylko kanapki z pysznej bułeczki! ale Marta znowu mnie przekonała i tak o 8 rano zjadłam rosół. I znowu wyszło na to, że Ci Chińczycy mają rację. Po takim ciepłym posiłku czułam się potem cały dzień po prostu świetnie :)

   I muszę też wspomnieć o mojej Marcie, która gotowała cały czas nam pyszne obiadki. Tęsknię za zupą z kwiatem lotosu. To jest takie okrągłe, białe, z dziurkami.


Poniżej tradycyjna polska pomidorowa w wersji lekkowschodniej ;) 


   Takich smakołyków jak rozgwiazdy czy skorpiony prawdziwi Chińczycy nie jadają. To również przedstawienie dla turystów na jednej z najbardziej turystycznych ulic Pekinu.



   Gdy jesteś młodym zabieganym Chińczykiem możesz wpaść na śniadanie do chińskiego fast food'u, który zupełnie wygląda jak McDonald's tylko z chińskimi potrawami. W porannym menu - dziwne duże pałeczki smażone w taki sam sposób jak frytki z sosem sojowym i do tego ciepłe mleko sojowe.


   A to jest coś co mnie zwaliło z nóg - HOT POT. Tak jak na zdjęciu - gotujesz sobie sam bulion w wybranym smaku i wrzucasz do niego składniki na dosłownie kilka sekund i zjadasz ze smakiem. Rany, jakie to było dobre.


   Kolejna ciekawa rzecz to przekąska, którą można kupić na każdej ulicy - owoce maczane w jakiejś bardzo, bardzo słodkiej masie. Jak dla mnie za słodkie. Według Chińczyków, kobiety powinny jeść te czerwone małe kulki wtedy kiedy mają okres. Po co? Nie mam zielonego pojęcia.


Języki kaczki na przystawkę?


    W Chinach bardzo popularne są pierożki. Istnieją dwa rodzaje - gotowane w wodzie i na parze. Na poniższym zdjęciu, na jednym z talerzyków, leżą takie z wody. Bardzo dobre. Ale wolę nasze - polskie ;)


A na koniec, dla wytrwałych, prawdziwa chińska herbatka, którą można parzyć kilkanaście razy :)


sobota, 1 czerwca 2013

Pekin II - Oceanarium

   Z racji tego, że sesja zbliża się wielkimi krokami zarówno pomysłów jak i czasu na posty mam co raz więcej ;)
   Dzisiaj opiszę oceanarium w Pekinie. Trafiłam tam, jak zwykle, przypadkiem. Pewnego dnia Marta źle się czuła i sama (SAMA! :D) odwiedziłam przewodnikowy Pałac Letni oraz Pekińskie Zoo. O nich - w innym poście. Gdy byłam w zoo dowiedziałam się, że w ogóle takie miejsce jak oceanarium istnieje. Niestety było już za późno, żeby je odwiedzić. Zrobiłam to mojego ostatniego dnia w tym mieście.
   Odwiedziny oceanarium to jedna z moich najlepszych decyzji w życiu. Zostałam ZAUROCZONA. Po prostu wspaniałe miejsce.









   Niesamowite delfiny. Podpływały za każdym razem gdy przez specjalne soczewki patrzyły na nie dzieci. Na dorosłych nie zwracały uwagi.






 Pokaz karmienia ryb, płaszczek i żółwi. Chciałabym tam pracować!




 Jedno z moich ulubionych pomieszczeń, z meduzami. Klimat prosto z "Tronu".