środa, 26 lutego 2014

Dog Sledding!

Kiedy planowałyśmy tę wyprawę cały czas nie mogłam w to uwierzyć - tak, naprawdę będę jechać psim zaprzęgiem. Teraz kiedy piszę tę notkę, siedząc w moim karlstadzkim pokoju, nadal nie mogę uwierzyć, że TAK, jechałam psim zaprzęgiem. 
W biurze Mikela dostałyśmy gustowne uniformy, żeby nie było nam zimno. Mając na sobie bieliznę termalną, polar, kurtkę, spodnie narciarskie i na to jeszcze ten unifom wszystkie czułyśmy się lekko sztywne. Ale za to było ciepło.


Mikel zawiózł nas na miejsce startu wyprawy. Przywitał nas widok dużej przyczepy i wystających z niej psich mordek. Na początku myślałyśmy, że to trochę niefajne, trzymać psy w tak małych pomieszczonkach, ale one wydawały się zadowolone (po wyprawie, same chętnie wskakiwały do swoich dziur)


Po przyczepieniu wszystkich psów do ich miejsc, byliśmy gotowi do drogi. Panowie zaprosili nas do zajęcia miejsc w takich o to saniach:


Bardzo wygodne, skóra renifera chroniła nas przed chłodem.



Ciekawa była sytuacja gdy Mikel krzyknął do psów, żeby skręciły w prawo, ale one stanęły i zaczęły się na niego patrzeć. Okazało się, że przyzwyczajone są do skrętu w lewo i za nic nie chciały udać się w kierunku sugerowanym przez ich pana. Wtedy Mikel powiedział mi, że mam  zsiąść z sań i walcząc ze śniegiem sięgającym mi do uda pobiec w prawo i tym samym pokazać psom gdzie mają pobiec.
ALE FUN!




Każda z nas dostała też szansę poprowadzenia sań razem z instruktorem. To piękne uczucie, tak sobie sunąć saniami po środku wspaniałego szwedzkiego lasu. Serio serio.


W połowie wyprawy zostałyśmy zaproszone na tradycyjną fikę (przerwa na kanapkę, ciastko, gerbatę lub kawę) do tipi Mikela. Gdy przygotowywał nasz poczęstunek miałyśmy sporo czasu na zabawę z bardzo radosnymi psami. Jeden był tak radosny, że ugryzł mnie kiedy chciałam od niego odejść. Możliwe, że overfun psów jest również nieoficjalną przyczyną otrzymywania grubych uniformów ;)










wtorek, 25 lutego 2014

Kiruna

O ho, szykuje się długa notka. Tzn i tak muszę podzielić te 4 dni na kilka wpisów, ale mam tyle do opisania, że głowa mała!
Nasza wyprawa zaczęła się w nocy 21 lutego. Team składał się z samych dziewczyn, które dumnie reprezentowały Austrię, Niemcy, Meksyk i Polskę.
Od ok 1 w nocy czekałyśmy na autobus, który miał nigdy nie przyjechać. Kiedy zostało nam pół godziny do odjazdu autokaru, który miał nas zawieźć na lotnisko poczułyśmy się lekko zaniepokojone. I co się stało? Nagle na horyzoncie pojawiły się 2 taksówki! Okazało się, że ludzie wrócili nimi z jakiegoś klubu. Może nie docenicie tego co napisałam, ale mieszkamy na strasznym zadupiu i jedyne co widzimy na horyzoncie to drzewa. Na pewno nie taksówki. Uf uf uf.

Nasza 'miracle taxi'.

Jednak to nie koniec historii. Jak się okazało, Szwedów też może zaskoczyć zima. Nie dość, że miejskie autobusy miały gdzieś kursowanie, to nasz Swebus spóźnił się 40 min. Potem jego opóźnienie wzrosło do godziny. Może to nic, ale nam to robiło różnicę. Przez szwedzką zimę wpadłyśmy na lotnisko mając 20 minut do odlotu samolotu. Szwedzi, jak to Szwedzi, kiedy zobaczyli nasze przerażone miny, przepuścili nas we wszystkich możliwych kolejkach. Na szczęście zima była zła i spowodowała również opóźnienie ów samolotu.

Nasz mniej 'miracle Swebus'
Kiruna - miasto na dalekiej północy Szwecji, stolica szwedzkiej Laponii (tak, tak - Szwecja też ma Laponię, ale bez św. Mikołaja). Istnieje tylko dlatego, że obok niego jest kopalnia żelaza. I to nie byle jaka. Podobno jej obroty są większe od Coca-Coli i Microsoftu razem wziętych. Info nie sprawdzona, tak nam powiedział nasz Dog Sledding Master, który również pracuje w kopalni. Tak jak prawie wszyscy mieszkańcy Kiruny. Ci którzy nie pracują w kopalni zajmują się turystyką. Co ciekawe, kopalnia rozrosła się do rozmiarów małego miasta i rozrasta się dalej. I dlatego też, Szwedzi postanowili przenieść całą Kirunę w nowe miejsce. Ma to nastąpić za kilka lat. Decyzja została przyjęta jednogłośnie, ponieważ mieszkańcy wiedzą, że nie przeżyją bez właściwie jedynego źródła pieniędzy w regionie.


Kiedy przyjechałyśmy cała okolica była pokryta śniegiem. I to nie taką ilością znaną, nam Polakom - niektóre zaspy miały ok 4m. Taka ilość może przydać się kiedy np jest się zmęczonym - nie potebna jest żadna ławka. Tylko spodnie narciarskie.


Kolejna piekna rzecz to sople. Pamiętam takie tylko z dzieciństwa. tutaj każdy budynek był nimi ozdobiony. Chociaż mamy koniec lutego, można poczuć w Kirunie magię świąt. Dodatkowe zastosowanie sopli to darmowe źródło wody lub mozliwość magicznej zmiany w jednorożca.




Jak każde północne miasto, także Kiruna chawli się artystami, którzy wykonali kilka rzeźb z lodu i sniegu. Są dość marne w porównaniu z chińskim Harbinem, ale nadal miałyśmy sporo radości bawiąc się wokół, na i w nich.





Oprócz śniegu i lodu, same kurińskie budynki robią wrażenie. Nie sądzę, że kiedyś znajdę miejsce z bardziej nordyckim klimatem.









Wiele osób mieszkających poza granicami miasta oprócz łopat posiada koparki. Specjalnie do odgarniania śniegu. Ale czad.
A. No i prawie popłakałam się widząc samochody podobne do tych, które znam z Islandii. Takie duże, ze specjalnymi światłami umożliwiającymi jazdę z czasie mrocznych zimowych miesięcy <3



Zgadnijcie jak najwygodniej poruszać się w Kirunie? Nie, nie samochodem. I nie autobusem. I zdecydowanie nie na piechotę.
Zdecydowanie najlepsze są... sanie.


Kiedy wracałyśmy z naszej lapońskiej wyprawy Pan, który nas odwoził wstąpił na chwilę tutaj:


To jest, moi drodzy, śmietnik. 15% domów w Kirunie ocieplana jest ze śmieci.


Jeszcze kilka zdjęć z miasta:








I na koniec mała zapowiedź kolejnego wpisu.










niedziela, 9 lutego 2014

Rally Sweden

OK, nigdy za bardzo mnie nie interesowały rajdy. Uznałyśmy z Pauliną jednak, że warto się zainteresować tym tematem, chociażby dlatego, że coś wreszcie w tej naszej szwedzkiej dziurze się dzieje. No i możliwość zrobienia sobie selfie z Kubicą...
Wielkie otwarcie odbyło się 5 lutego i miało miejsce na torze wyścigów konnych Farjestad (tuż naprzeciwko areny, gdzie byłyśmy na hokeju). 
W programie: 
1. Podglądanie kierowców udzielających wywiady
 2. Możliwość dostania autografu (mnie najbardziej rozczulili Finowie, którzy siedzieli grzecznie przy swoim stoliku, ciągle poprawiając i tak już idealnie ułożony stosik podpisanych fotografii i czekali na fanów, którzy jakoś nie chcieli do nich podejść; o taaak mi było ich żal ;_; ale co tam, my również ich olałyśmy i  od razu potruchtałyśmy do stolika Kubicy i Szczepaniaka. hue hue hue.)
3. Pokaz świrów z Red Bull Show.
4. No i oczywiście rally. Nie przyniosłyśmy szczęścia Kubicy, bo był ostatni. 




Źródło: Facebook Rally Sweden
Źródło: Facebook Rally Sweden



Miły Pan rozdawał tradycyjny szwedzki świąteczny napój - Glogg. Smakuje dokładnie tak jak grzane wino mojego taty. Tyle że bez alkoholu.


Dużą radość sprawiło mi również podglądanie prawdziwych fanów rajdów. Przygotowani na wszystko (spodnie narciarskie, stołeczki na których stali, żeby widzieć więcej), totalnie ześwirowani - zwłaszcza Norwegowie - zakochałam się w ich zaangażowaniu.






A na koniec - zdjęcie samochodu Kubicy PO całym rajdzie Szwecji (zakończenie odbyło się na głównym placu w Karlstadzie). Dzięki tej imprezie odkryłyśmy z Pauliną, że w naszym mieście żyje cała kupa Polaków. Pogadałyśmy chwilę z paroma, więcej mam nadzieję się nie spotkamy.