poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Dookoła jeziora - dzień 2 - Goteborg

W drugim dniu naszej wyprawy zostałyśmy przywitane o 8 rano takim o to pięknym widokiem:










Niestety, po zjedzonym śniadaniu musiałyśmy zebrać się w sobie i opuścić to świetne miejsce, bo w planie miałyśmy zwiedzanie Goteborga.
 Ciekawostka:
Nie mogłybyśmy nigdy nocować w tym wspaniałym szwedzkim domku gdyby nie... Polacy! A dokładniej Górale z Zakopanego. Właściciele powiedzieli nam, że gdyby nie tania siła robocza z naszego kraju nigdy nie stać ich by było na wybudowanie tak dużego budynku. Kolejna ciekawostka - żaden z pracowników nie umiał mówić po angielsku, dlatego za każdym razem gdy pojawiał się problem właściciel musiał dzwonić do szefa górali i rozmawiać z nim.






Goteborg.

Stolica regionu Västra Gotaland. Ponad pół miliona mieszkańców, co czyni go drugim co do wielkości miastem w Szwecji. Pół miliona i już drugie co do wielkości. Damn, ach ta Szwecja.
Szczerze, to nie wiem co mam o nim napisać. Mi się podoba, ale mogę być subiektywna, ponieważ miałyśmy taką pogodę, że nawet wysypisko śmieci by mi się podobało. Może po protu pokażę Wam zdjęcia i sami ocenicie.
















































Feskekorkan - hala targowa w której można kupić świeże ryby i owoce morza. Jeden z symboli Goteborga, wybudowany na kształt kościoła. Jak to się często zdarza, główna atrakcja miasta za bardzo mnie nie oczarowała. Tłumy ludzi, wnętrze lekko kiczowate, ceny oszałamiające.







Haga - inny highlight Goteborga. To miejsce bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. Dzielnica ze starymi kamienicami, wieloma kawiarniami i słodkimi, małymi sklepikami. Czuć było w powietrzu dobry, lekko hipsterski klimat ;)

























Na koniec miejsce polecone przez A&A. Inna hala targowa - Stora Saluhallen. I co? I oczywiście, że była 100 razy lepsza od słynnego Feskekorkan. To miejsce dla prywatnych małych wytwórców zdrowej DOBREEEJ żywności. Dawno (czyt. nigdy) nie widziałam takiego chleba w Szwecji. Niestety nie byłam w stanie wydać 25 zł na jeden, mały bochenek.



Za to skusiły mnie... lizaki. Stoisko wyglądało trochę jak Miodowe Królestwo z Harrego Pottera. Po prostu musiałam coś kupić. Wybrałam smak o tajemniczej nazwie hallon. To jedyny smak, którego nie zrozumiałam. I co? I kupiłam malinę. Bardzo tajemniczy ;)





Zmęczone po całym dniu łażenia wróciłyśmy znowu do naszego szwedzkiego domku. Dobrze było siąść na tarasie i podziwiać taki widok.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz