środa, 2 kwietnia 2014

Dookoła jeziora - dzień 1

Największe szwedzkie i europejskie (poza rosyjskimi) jezioro Wener ma 5 650 km2. Dziewczyny pewnego wieczora wpadły na pomysł wypożyczenia samochodu i objechania właśnie tego jeziora. W końcu mieszkamy w Karlstadzie a to tuż nad nim.


Pierwszego dnia w planach miałyśmy objechanie wschodniej strony. Po odebraniu mini vana (tak, tak mini vana. Minivan i 9 dziewczyn - super pomysł!) i zrobieniu zakupów w ICA wyruszyłyśmy w nasza podróż. Pierwszym przystankiem były śluzy w bardzo małej miejscowości Sjötörp. Jakoś nie podnieca mnie temat śluz ale jak dziewczyny chciały je zobaczyć to czemu nie.
A, tak w ogóle to nasz team był wyjątkowo międzynarodowy, ponieważ do lapońskiej grupy dołączyły dwie Chinki. I dla nich ten wypad był niezapomnianym wydarzeniem pełnym wrażeń i emocji. Pewnie im się podobały te śluzy. Nie jestem pewna, bo nasze Chinki nie mówiły za dużo.





Niespodziewanie poczułyśmy się jak w Grecji. Dziwny Sjötörp.
Po szalonej przygodzie ze śluzami, udałyśmy się do największego miasta regionu - Mariestad. Na mapie wyglądało na spore, ale w rzeczywistości było mniejsze od Mińska Mazowieckiego i za dużo ciekawych miejsc nie znalazłyśmy. No oprócz, kawiarni z pysznym brownie ;_;

W czasie tego wyjazdu odkryłam fakt, że Szwedzi kochają stare amerykańskie auta.


Po Mariestad nadeszła kolej na zobaczenie prawdziwej szwedzkiej natury. W informacji turystycznej polecono nam Kinekulle. Miejsce na końcu świata, gdzie minivan ledwo mieści się na drodze.
Rzeczywiście warto było tam pojechać. Po raz pierwszy naprawdę uwierzyłam w to, że już koniec szwedzkiej okropnej zimy.









Ostatnim punktem programu była wyspa Kållandsö. Ciekawostka:
Wyspa po szwedzku to "ö".


Na ów wyspie wybudowany został zamek. Ładny, ale my mamy ładniejsze ;)






I na wyspie widziałyśmy łosie! Kolejny szwedzki must see odhaczony!

Po zaliczeniu "ö" rozpoczęła się prawdziwa przygoda. Musiałyśmy bowiem znaleźć nasz domek. Okazało się to wcale nieproste. Zwłaszcza ostatnia część drogi, która była tak wąska, że wydawało się nam, że zaraz wylądujemy w rowie. Jednak totalnie warto było pomęczyć się dla tego widoku:







czwartek, 27 marca 2014

Kultura Sami

W Polsce, z tego co słyszałam piękna wiosna, w Szwecji również - za każdym razem gdy widzę nowe roślinki cieszę się jak dziecko. Nie zmienia to postaci rzeczy, że muszę znowu wrócić (już ostatni raz) do mojej wyprawy na daleką północ. Nie byłoby to fair gdybym opisała wszystko co mi się tam podobało lub nie, a nie opowiedziałabym o rdzennych mieszkańcach tego regionu - Sami.

Lapończycy nie tylko zamieszkują tereny Finlandii (pozdrawiam wszystkich, których prosili mnie o uściskanie Świętego Mikołaja - nie-e, to nie ta Laponia), Rosji, Norwegii i Szwecji.




Dzisiaj, Lapończycy zajmują się nadal często hodowlą reniferów lub turystyką (tak jak nasza Marta z najfajniejszego zadupia na świecie). Głównie jednak przeszkadzają w rozwoju regionu. Mikael - psi master, powiedział nam, że w okolicach Kiruny mieszka tylko 50 prawdziwych, rdzennych Sami. I te 50 osób ma nadane przez państwo specjalne prawa, dzięki, którym mogą blokować np rozbudowę kopalni, ponieważ tam gdzie ona ma być są ważne dla nich lasy. Jakoś mi się to kojarzy z odwiecznym problemem Zakopianki.



Pod Kiruną znajduje się małe muzeum poświęcone tej kulturze. Jest ono ciekawe. Oczywiście nie wystawa (cała była pokryta śniegiem). Ciekawe były renifery i to, że mogłyśmy je karmić. Same podchodziły do ręki i szybko wymamlywały mech z naszych rękawiczek. Jak powszechnie wiadomo renifery były i są bardzo ważnym elementem kultury Lapończyków. Do dzisiaj to oni własnie je hodują i dzięki nim potem możemy spróbować kebaba z mięsem tego zwierzaczka. 
hue hue hue








W sklepie mogłyśmy kupić sobie pamiątki. Ale tego nie zrobiłyśmy. Jeśli ktoś szuka zdecydowanie najdroższego miejsca w Szwecji to polecam właśnie ten sklep. Pudełko zapałek kilkadziesiąt złotych. Buty ze skóry renifera - 6000 koron. Daaamn.


No. Wreszcie skończyłam z zimą w Szwecji. Jutro jadę na bardzo wiosenną wyprawę dookoła jeziora Wener. Będzie NAPRAWDĘ awesome! ;)



piątek, 14 marca 2014

Simply the best of Lappland vol2

Sorry za przerwę w notkowaniu. Niestety, fala przeziębień dotarła do Szwecji i ostatni tydzień spędziłam kompletnie nieżywa w łóżku. Teraz jest już lepiej i dlatego wracam myślami do najlepszych dwóch dni w Laponii.

...


Dość szybko się ściemniło. A jak było ciemno to od razu wszystkim przypomniała się zorza. Marta - PółSami powiedziała, że najlepsza pora na jej obserwację jest pomiędzy 22 a 23. Paulina, główna Zorzomaniaczka, sprawdzała prognozę co 5 minut i około 18.30 zarządziła zbiorowe wybiegnięcie na zewnątrz bo strona z prognozą powiedziała, że może coś będzie widać. I co? I było!
Na początku wyglądała jak długa biała chmura, która często zmieniła swój kształt. Po kilku minutach biała chmura zrobiła się zielona.






Mogliśmy cieszyć się nią tylko jakieś 20 minut. Potem przyszły chmury i seans dobiegł końca a my udaliśmy się na grilla w północnym klimacie.



Po grillu musiałyśmy chwilę odpocząć (jedzenie było baaardzo dobre i zjadłyśmy go DUŻO). A odpocząć musiałyśmy ponieważ czekała na nas kolejna atrakcja - sauna! Fajne było to, że członkowie naszej grupy sami musieli sobie rozpalić ogień w specjalnym saunowym kominku i potem o niego dbać. Po całym dniu emocji i zabawy na śniegu, chilling w takim przyjemnie gorącym miejscu był po prostu idealny. Część z nas odważyła się również na przeprowadzenie północnego eksperymentu czyli hardcorowy mix siedzenia w saunie ze sporadycznym tarzaniem się w śniegu. Oprócz tego, że stopy szybko krzyczały, że chcą wrócić do tego cieplejszego miejsca, zabawa w śniegu była super ;)


Po saunie zaczęliśmy się wszyscy zbierać do spania. Trzy odważne (nienormalne) osoby z grupy postanowiły spędzić noc w igloo. Rano nam opowiedzieli, że było ekstra, ale mieli problem z tym, że temperatura była powyżej zera i kawałki igloo zaczęły im spadać na głowy.

Kolejny dzień był dniem aktywności na świeżym powietrzu. Do wyboru mieliśmy wiele atrakcji:
1. Icefishing - oczywiście nic nie złowiliśmy, ale i tak było fajnie;
2. Narty;
3. Rakiety śnieżne;
4. Jazda na łyżwach;
5. Chilling na skórze renifera;
6. Międzynarodowa bitwa na śnieżki;
7. Międzynarodowe lepienie bałwana - było tak ciepło, że po 2 godzinach nie było po nim śladu.





















Na obiad Marta przygotowała nam coś ultralapońskiego.


Tak, tak. To jest renifer. Z żurawiną i makaronem. PYCHA.

A po obiedzie niestety musieliśmy wracać. Szkoda, że te dwa dni tak błyskawicznie minęły.